WEEKENDOWA MAMA

Autor: Anna Kulawik

Współczesne młode kobiety nie mają łatwo. Z każdej strony wywiera się na nie ogromną presję: by być idealną mamą, wychowywać dzieci zgodnie z nowoczesnymi trendami, gotować eko, prowadzić zdrowy tryb życia, ćwiczyć, dobrze wyglądać, być dobrą żoną, perfekcyjną kochanką, a poza tym rozwijać się zawodowo, robić zawrotną karierę, zarabiać pieniądze i przy tym wszystkim zachować tzw. work-life balance. Są kobiety, którym się to udaje. Niektóre płacą za to wysoką cenę w postaci zdrowia psychicznego, inne z powodzeniem łączą pracę z byciem mamą idealną. Innym typem są kobiety, które odpuszczają i rezygnują z pracy zawodowej zupełnie bądź zamieniają ją na formę zatrudnienia zdalnego.

Ale jest też grupa mam, które wybierają zdalne rodzicielstwo i otwarcie przyznają, że mimo iż nad życie kochają swoje dzieci, to nie potrafią dla macierzyństwa zrezygnować z pracy. Z takimi trzema kobietami rozmawiamy o tym, jak to jest być mamą przez telefon i internet.

Magda, lat 34. Żołnierz zawodowy, z wykształcenia pielęgniarka i ratownik medyczny, uczestniczyła w misji w Afganistanie.

Wyjazd na misję był dla niej wyzwaniem. W mundurze pracowała dwa i pół roku, kiedy przed jednostką pojawiło się nowe zadanie: wyjazd na misję w Afganistanie. Magda długo biła się z myślami, bo już wtedy była mamą 5-letniej Mai. – Decyzję o wyjeździe podjęliśmy wspólnie z mężem. Łatwo nie było, ale nie ukrywam, że zaważyły tutaj też kwestie finansowe. Jestem ratownikiem medycznym i pielęgniarką, wiedziałam, że będę potrzebna w działaniach związanych z zabezpieczeniem medycznym kontyngentu – zaczyna swoją opowieść nasza pierwsza rozmówczyni. – Na miejscu było ciężej, niż się spodziewałam. Z jednej strony obce miejsce, ogromna tęsknota za rodziną, nieznośnie gorący klimat i kultura, która – delikatnie mówiąc – daleka jest od przyjemnej dla kobiet. Musiałam walczyć ze swoim słabościami i lękami. Później skupiłam się na misji, na mechanicznych działaniach i wyłączyłam myślenie o rodzinie – to pomogło. Magda poza domem spędziła prawie 8 miesięcy, w tym Święta Bożego Narodzenia. Kontakt z rodziną był sporadyczny. – Czy dla matki brak kontaktu z dzieckiem jest straszny? Oczywiście, że tak. Jest jednak coś takiego jak poczucie misji, chęć niesienia pomocy innym. W pewnym momencie wyłączasz klasyczne myślenie i zaczynasz pracować zadaniowo – wyjaśnia. – Poza tym nie byłam jedyna. Na misji w Afganistanie służyło prawie 400 kobiet, z czego nieco mniej niż ćwierć na wyjazd zdecydowało się kolejny już raz jeden raz. One także były żonami, matkami, córkami. One także walczyły ze sobą i swoimi słabościami, i wygrywały – mówi Magda.

Jak wyglądał powrót do domu? Jak się czułaś Ty, jak czuła się Twoja córka? – pytamy.

– Powroty są zawsze trudniejsze niż wyjazdy. Kiedy wychodzisz z domu, to zamykasz za sobą drzwi, wycierasz łzy i za chwilę zaczynasz coś nowego i ekscytującego. Kiedy jednak wracasz, musisz zmierzyć się z wieloma trudnymi rozmowami, z uczuciami nie tylko swoimi, ale też najbliższych. Kiedy pojawiłam się na Okęciu moja córka czekała w towarzystwie taty i dziadków. Obie płakałyśmy z radości. Poczułam się tak, jakby ktoś wyrwał ze mnie jakąś zawleczkę. Później Maja nie odstępowała mnie na krok, kiedy wychodziłam do sklepu, to zaczynała płakać i błagała, żebym jej nie zostawiała… To było cholernie trudne – dodaje po chwili. Magda na misji była jeden raz. Kiedy planowała kolejny wyjazd, okazało się, że jest w ciąży z drugim dzieckiem. – Czy jeszcze wyjadę? Na pewno – odpowiada bez zastanowienia. – Trzeba wychodzić ze strefy komfortu, trzeba realizować siebie i żyć tak, żeby niczego nie żałować. Chcę wychować moje córki na dzielne, odważne i samodzielne kobiety. Wiem, że kiedyś mi za to podziękują i docenią to, czego ich nauczyłam.

Hanna, lat 38, pracownik administracji organów Unii Europejskiej, na co dzień pracuje w Brukseli i Warszawie.

Sama mówi o siebie „człowiek zadanie”. Od 5 lat z powodzeniem łączy życie w Warszawie oraz pracę w Brukseli. W domu ma zawsze spakowaną walizkę i przygotowane dwa zestawy strojów wizytowych. Jest szczęśliwą żoną oraz mamą dwóch synów: Tadeusza i Franciszka. – Mój mąż jest lekarzem, a ja jestem człowiekiem orkiestrą – zaczyna rozmowę, upijając łyk zielonej herbaty. Z Hanią spotykamy się na warszawskim lotnisku, skąd za niespełna dwie godziny uda się na swój cotygodniowy tour po Brukseli. Zaczynam od prostego pytania: jaką jesteś mamą? – Jestem złą matką – odpowiada ze śmiechem. – Nie no, tak poważnie to nie jestem podręcznikową mamą. Nie pamiętam kiedy – poza urlopem i świętami – spędziłam z moją rodziną więcej niż 10 dni. Od ponad pięciu lat jestem w nieustannych rozjazdach. Zdarza mi się, że budzę się w środku nocy i naprawdę nie wiem, gdzie się znajduję. To jest trudne, ale też fascynujące – taką wybrałam pracę.

Hania zaczynała swoją karierę zawodową w korpusie dyplomatycznym. Studiowała stosunki międzynarodowe oraz anglistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Biegle włada 4 językami. Obecnie pracuje w administracji Parlamentu Europejskiego i na co dzień spotyka największych polityków tego świata. – Nie czuję się ważna. Kocham to, co robię. Praca zawsze była dla mnie istotna. Uważam, że gdybym nie była spełniona zawodowo, nie mogłabym być spełniona jako żona i matka – wyjaśnia. – Moje dzieci nie znają innego życia. Wiedzą, że zawsze wracam, wiedzą, że w każdej chwili mogą do mnie napisać bądź zadzwonić. W ogóle mnóstwo czasu rozmawiamy przez internet. Nawet lekcje tak odrabiamy – śmieje się. Synowie Hanny mają kolejno 10 i 8 lat. Chodzą do szkoły podstawowej. Na co dzień spędzają czas z tatą oraz z rodzicami Hani, którzy od początku pomagają w wychowaniu chłopów. Pytam o to, czy czuje presję ze strony rodziny i środowiska, że powinna więcej czasu spędzać w domu. – No co ty – dziwi się. – Nasze życie jest naprawdę doskonale poukładane. Od poniedziałku do czwartku jestem w Brukseli, na weekendy wracam do Polski. Czasem moi trzej muszkieterowie przylatują do mnie. Wspólny czas jest naprawdę wartościowy. Wiesz, można komuś dawać pozorną obecność, a można dawać całego siebie. Kiedy jesteśmy razem, to jesteśmy razem. Nie ma komputerów i gier, nie ma opiekunek. Są za to spacery, wycieczki, wspólne uprawienie sportów, wspólne gotowanie, granie w gry planszowe. Potrafimy cieszyć się sobą i ze sobą współpracować, a to bardzo ważne – wyjaśnia.

Kamila, lat 31, handlowiec. W podróży spędza 5 dni w tygodniu, przemierzając Polskę wzdłuż i wszerz. Na co dzień mama dwuletniej Igi.

Kamila od początku swojej kariery zawodowej pracuje jako przedstawiciel handlowy. Zaczynała jeszcze w trakcie studiów na stażu w jednej z największych, międzynarodowych korporacji. Teraz, jako kierownik regionalny, zarządza sporą grupą ludzi, a co za tym idzie – bardzo dużo podróżuje. – Nie rozumiem, dlaczego ludzi dziwi fakt, że zostawiam córkę w domu z mężem. Wydawałoby się, że w XXI wieku czymś normalnym jest pracująca kobieta, ale nie… – zaczyna wyraźnie poirytowana. Kamila to niska i szczupła blondynka. Krótkie, mocno tlenione włosy i chłopięca  sylwetka sprawiają, że na pierwszy rzut oka przypomina Meg Ryan z czasów Masz wiadomość. – Wyobraź sobie, jak zareagowała nasza rodzina, kiedy po pół roku macierzyńskiego wróciłam do pracy, a z Igą został jej tato. Wiesz ile nieprzyjemnych słów usłyszeliśmy? Ja zostałam nazwana złą matką, karierowiczką, której depresja poporodowa instynkty zabrała, a mojego męża określano ciotą, pantoflarzem, mamką… Rozumiesz? – pyta, nie kryjąc zdenerwowania. Kamila zawsze zarabiała więcej, prawie dwukrotnie. Dodatkowo bank, w którym był zatrudniony mąż Kamili, połączył się z innym, co spowodowało grupowe zwolnienia i redukcje etatów. – Życie pisze różne scenariusze i nie mamy wpływu na to, co nas spotka – mówi moja rozmówczyni. – Ale przecież nie dosięgnęła nas żadna tragedia, mamy szczęśliwą, zdrową córeczkę, jesteśmy naprawdę zgranym małżeństwem, żyje nam się lepiej niż większości znajomym. Wcale nie uważam, że to ja muszę płacić za to wysoką cenę. Spędzam z rodziną każdy weekend i czasem 2 dni w tygodniu, i to jest wyjątkowy czas, który zawsze potrafimy dobrze zorganizować. Szczęśliwa rodzina to nie zawsze taka, w której rodzice pracują 8 godzin dziennie. Większość moich znajomych, którzy właśnie takie życie prowadzą, nie robi z dziećmi nawet połowy tego, co ja z Igą. Dzieci są komputerowo-tabletowe albo sprzedawane dziadkom czy opiekunkom. A przecież nie o to chodzi, prawda?

Kamila w przyszłym roku planuje zostać mamą po raz drugi. – Iga pójdzie do przedszkola, a mąż zostanie z najmłodszym, wszystko da się pogodzić, wystarczy chcieć – dodaje na zakończenie z uśmiechem.

 

Zdjęcie: Designed by Freepik

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ